Kasia Mandarynka | Moja albańska przygoda…
683
post-template-default,single,single-post,postid-683,single-format-standard,qode-quick-links-1.0,woocommerce-no-js,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,columns-3,qode-theme-ver-11.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.2.1,vc_responsive

Moja albańska przygoda…

Dzisiejszy wpis będzie bardzo osobisty, gdyż moja albańska przygoda nie ma wiele wspólnego z kosmetykami, ale ma za to dużo wspólnego z moim życiem na co dzień.

Tak się składa, że założyłam multikulturową rodzinę, w której codziennie stawiamy czoła różnicom kulturowym i innemu spojrzeniu na pewne – zdawałoby się – „oczywiste” sprawy 🙂 Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że drugi człon mojego nazwiska – Dragoj – nie jest polskim nazwiskiem. Tak więc często dopiero po jakimś czasie znajomości okazuje się, że mam męża Albańczyka. Ogromnie się cieszę z tego powodu, że jak dotąd nie spotkałam się z uszczypliwymi komentarzami na ten temat. Bo mój mąż to bardzo fajny facet 🙂 świetnie gotuje, dba o dom i nie cechuje go południowa leniuchowatość. Chociaż mieszka w Polsce już 17 lat nadal delektuje się poranną kawą z  tempie bardzo południowym, a gorący temperament daje po uszach sąsiadom przy żywiołowych dyskusjach które czasem prowadzi. Jednak poza faktem, że nie jest miłośnikiem bigosu i pierogów niewiele się różnimy.

Co drugi rok wakacje spędzamy w Albanii, żeby odwiedzić rodzinkę mojego męża. To zawsze ciekawe dla mnie doświadczenie. Albańska kultura różni się od naszej i choćbym nawet próbowała ją zrozumieć to jest ona pełna stereotypów z którymi na co dzień walczę. Dlatego czasem myślę, że to dobrze, że z teściami mogę wymienić się jedynie uprzejmym: „-Może kawy? -Bardzo chętnie” bo dyskusje między nami mogłyby nie iść w stronę kompromisu. W każdym razie albańska kuchnia totalnie skradła moje serce i żołądek. Moja teściowa pysznie gotuje, sama marynuje oliwki a homemade dżem z fig… nie ma sobie równych! To są dopiero słoiki przywożone do domu! 😀

Na całych Bałkanach króluje BUREK. Kto był ten wie, kto nie był niech to szybko nadrobi choćby w Warszawie (są miejsca, gdzie można znaleźć pyyyszny burek np. na Pradze). To taki bałkański fast food, który można kupić za równowartość 2-3 złotych.

Szukałam w swoich folderach zdjęcia bureka, ale mam tylko takie, które są w trakcie konsumpcji 😀

 

 

 

 

 

 

 

 

Przy okazji możecie zobaczyć mojego męża 😉

Wracając do bureka – to taka potrawa z ciasta podobnego do francuskiego – z nadzieniem. W środku może znaleźć się np. ser biały albo pomidory z cebulką (mój ulubiony!) albo mięso albo szpinak (też ekstra, ale rzadko można trafić). Mogą też być różne kształty tego dania. Pieczone jak bułeczki/paszteciki albo w jednym kawałku i krojone na mniejsze porcje. Wszystkie smakują wspaniale, zwłaszcza takie prosto z piekarni lub domowego piekarnika.

Albania staje się coraz bardziej popularnym kierunkiem na wakacje, gorąco polecam dopóki nie jest tam bardzo turystycznie. Można zobaczyć autentycznie inny świat a to zaledwie 2 godziny lotu z Warszawy. Biura podróży oferują też zorganizowane wycieczki – dla każdego coś się znajdzie 🙂 Jednak jeśli wybierzecie się na wycieczkę z biurem podróży proponuję czasem wyjść z hotelu i zajrzeć do małej piekarni. Na migi można się pięknie dogadać 🙂 i oczywiście na jakiś lokalny targ, kupić oliwę z oliwek, oliwki, przeróżne sery (np. kackaval – odmiana żółtego sera), są też białe sery kozie. O bureku wspominałam? Pozycja obowiązkowa 😉

Jeśli zainteresowała Was tematyka albańska to dajcie znać – mogę ten temat rozwijać 🙂